Ukraina (Wołyń i Podole) XI 2008
To była podróż wymyślona na prędce, jako antidotum na wypad, który w ostatniej chwili został odwołany.
Był długi weekend listopadowy i wiedziałam, że muszę gdzieś wyjechać... Ukraina była odpowiednio daleko i blisko jednocześnie ;-)
Moim naburmuszonym dzieciom (miały inne plany na ten weekend) kazałam się pakować do samochodu i w drogę!
Trasę wymyślaliśmy w trakcie, mając zarezerwowany jedynie nocleg we Lwowie.
Ta podróż okazała się wspaniałą lekcją historii i patriotyzmu oraz niezapomnianą przygodą.
Lwów
Lwów: Cmentarz Łyczakowski
Twierdza w Zbarażu
Znana z historii bohaterska
obrona Zbaraża (10 VII - 22 VIII 1649),
opisana także w Sienkiewiczowskiej Trylogii. Twierdzy broniło 16 tys. załoga wojsk polskich, obleganych przez prawie 300 tys.
hordę tatarsko-kozacką pod wodzą Bohdana Chmielnickiego. Kiedy po kilku tygodniach walk oblężonym zaczął zaglądać w oczy głód i
brakowało już prochu, Mikołaj Skrzetuski przedarł się przez linię wroga w chłopskim przebraniu i udał się do króla prosić o pomoc.
Następnie Skrzetuski, pomimo ogromnego zmęczenia, ofiarował się do odbycia tej samej drogi i zaniesienia posłania królewskiego do Zbaraża.
Król Jan Kazimierz natychmiast ruszył z odsieczą. Na wieść o zbliżającym się królu Chmielnicki zabrawszy ze sobą większość wojsk osaczył
armię królewską pod Zborowem, gdzie walki zakończyły się podpisaniem rozejmu.
Obecny wygląd wnętrz twierdzy w Zbarażu mocno nas zaskoczył...
Kamieniec Podolski
Do Kamieńca dotarliśmy ciemną nocą, nie wiedząc gdzie będziemy nocować. Wdepnęliśmy więc do karczmy,
żeby zjeść kolację i zaciągnąć języka. Okazało się, że biesiadowali tam Polacy, a wśród nich Jani - mój kumpel z żagli!
Zaskoczenie było obopólne ;-) Jani zaproponował, żebyśmy nocowali razem z nimi, w klasztorze prowadzonym w Kamieńcu przez
polskich Paulinów. Po prostu spadli nam z nieba! Czystość i schludność panująca w remontowanym ciągle klasztorze zaskoczyła
nas, gdyż mieliśmy jeszcze w pamięci nieco zapuszczone mieszkanie red. naczelnej polskiego radia Lwów, gdzie nocowaliśmy na
prywatnej kwaterze we Lwowie. W dodatku za nocleg w klasztorze zapłaciliśmy "co łaska"! W dodatku dowiedzieliśmy się, że
"ojców Paulinów" prowadzących ten przybytek jest 2 (słownie: DWÓCH)! Rano dostaliśmy jeszcze smaczne śniadanie i ruszyliśmy
na zwiedzanie słynnej twierdzy, w której wysadził się pułkownik Wołodyjowski.
Powrót do Polski
Nasi nowi znajomi wracali do Polski inną trasą, dlatego pożegnaliśmy się i poszliśmy coś zjeść, a następnie ruszyliśmy w drogę
powrotną. Drogi na Ukrainie są potworne. O ile w ogóle są... ;-) Szybko zapadł zmrok i wypatrywałam sobie oczy, żeby omijać
co większe dziury, jadąc chwilami 10 km/h. Gdy byliśmy już 20 km od granicy, zadzwonili do nas Polacy poznani w Kamieńcu pytając,
czy możemy po nich wrócić do Żółkwi (ok. 30 km od nas) i zaholować ich do Polski, ponieważ zatarli sprzęgło w nowiuśkim Passacie
kombi... Cóż było robić, przecież nie zostawia się rodaków w środku nocy na Ukrainie ;-) Kiedy z duszą na ramieniu patrzyłam,
jak panowie podczepiają się na hol do naszego 18-letniego Kadetta, w uszach dźwięczały mi słowa brata, który mi go sprzedał:
"on wprawdzie ma hak, ale lepiej niczego nie holuj, bo to bardzo stary samochód i nie wiadomo, czy to przeżyje". Pomyślałam sobie:
"Co ma być to będzie. Najwyżej będziemy koczować na Ukrainie w dwa samochody. Zawsze raźniej ;-)". Na szczęście nasz "Kaziutek"
dzielnie zaciągnął Passata aż do Lublina, czyli 200 km! To było najdłuższe holowanie w moim życiu... w dodatku przez granicę państwa!
Jakby tego było mało, na granicy czekał nas horror 17-godzinnej kolejki do odprawy celnej. Dla zabicia czasu i przedłużenia
atmosfery kończącej się podróży, obejrzeliśmy na laptopie "Ogniem i mieczem", którego akcja rozgrywa się m. in. w czasie
obrony Zbaraża :-) Tak zastał nas piękny chłodny poranek. Do odprawy było jeszcze kilka godzin, ale podeszli do nas celnicy
ukraińscy i stwierdzili, że nie przejedziemy, bo auta przez granicę holować nie wolno. Samochód może przejechać albo na lawecie,
albo samodzielnie. Ostatecznie może być pchany przez ludzi. Na holu zakazane. Kropka.
Poradziłam właścicielowi Passata (nota bene: prawnikowi z zawodu), żeby zażądał od celników potwierdzenia na piśmie,
że nie chcą go przepuścić. Czytałam bowiem na forach, że ukraińscy urzędnicy są primo: skorumpowani,
secundo: boją się papierków jak ognia. Gdy celnicy usłyszeli od nas takie żądanie, problem holowania auta
przez granicę Ukrainy przestał nagle istnieć! :-DDD Ukraińskiej mafii przygranicznej zarabiającej na przepuszczaniu samochodów
poza kolejnością opisywać nie będę, bo nie chcę się ponownie wkurzyć ;-/
Najważniejsze, że szczęśliwie zaholowaliśmy Passata do Lublina i w nocy wróciliśmy do Warszawy.